AKTUALNOŚCI / 8 maja 2019 REPORTAŻ: ODCZAROWAĆ ZACZAROWANE

Patrycja Szura, Patrycja Wójtowicz


ODCZAROWAĆ ZACZAROWANE

Lublin. Przystanek: Tyszowiecka. Czas opuścić autobus i poszukać celu mojej wyprawy. Witają mnie złowrogie podmuchy wiatru. Dookoła – niewiele budynków, pustka, a jedyną żywą osobą na horyzoncie jest stojąca na przeciwległym przystanku pani z dużą torbą na ramieniu. Tylko szum przejeżdżających samochodów pozwala wierzyć, że istnieje tu życie.
Rozglądam się, poszukując jakiejś wskazówki. Patrzę – jest! Drogowskaz. Jasno wskazuje, by podążać drogą na wprost. Idę więc w tę stronę, mijając po drodze szereg pól, a później – rzucające się w oczy niebieskie banery jednej z firm budowlanych. Po chwili do moich uszu docierają odgłosy głośnego szczekania, niesione przez nieustający szum wiatru. Cel mojej wyprawy musi być więc już gdzieś blisko, tuż o krok.
Mijają kolejne minuty. Wciąż idę niepewnym krokiem, rozglądając się uważnie dookoła…
Oddalone nieco od głównej drogi ogrodzenie. Tak, to właśnie tutaj wspomniane wcześniej szczekanie staje się jeszcze wyraźniejsze niż do tej pory. Dokładny adres: ul. Metalurgiczna 5. Przede mną szereg pokrytych szarością budynków.

TAK TU SIĘ ŻYJE…

Jestem w środku. Kraty, wybieg, szare boksy. A z nich całe mnóstwo spoglądających na mnie oczu. Oczu brązowych, szarych, niebieskich… oczu jeszcze pełnych nadziei, lecz częściej wręcz odwrotnie – pozbawionych już blasku życia. Podchodzę bliżej. Reakcje zwierząt są różne. Jedne zbliżają się do samych drzwi, wyraźnie ciesząc się na mój widok, witają się wesołym szczekaniem i merdają przyjaźnie ogonami, zapewne z chrapką na jakiś dłuższy spacer. Inne z kolei rzucają się na kraty okalające ich boksy, tak, by to właśnie na siebie zwrócić uwagę wśród całej reszty towarzyszy. Jest jeszcze trzecia obserwacja – to psy, które już nie podchodzą, w zasadzie nawet nie zerkają w stronę nowego człowieka. One już doskonale wiedzą, że nikt się nimi nie zainteresuje. Spędziły w tym miejscu zbyt dużo czasu, by mieć jeszcze jakąkolwiek nadzieję na normalny dom i prawdziwie kochających właścicieli.

Przyglądam się tym smutnym, pełnym zrezygnowania ślepiom. Mój wzrok błąka się po całym boksie. Brak tu zabawek, brak symboli ciepła czy czegokolwiek, co w jakiś sposób mogłoby zadowolić te osierocone zwierzęta. Buda, miska, kojec, ewentualnie koc czy narzuta. To, co może zadziwiać, to czystość tych pomieszczeń. Widać, że wolontariusze dokładnie dbają o warunki, w jakich przebywają ich podopieczni. A przez tę czystość przenika funkcjonalna surowość krat, a jedyne co je od siebie odróżnia to kolory tabliczek zamieszczone na froncie poszczególnych boksów, oznaczające wewnętrzną osobowość zwierząt. Biały znaczek sugeruje, że pies jest przyjaźnie nastawiony do wszelkich interakcji, żółty to znak, że można poznać tego czworonoga pod czujnym okiem jego schroniskowego opiekuna. Natomiast do boksów z czerwonym oznaczeniem obowiązuje całkowity zakaz wstępu. Wejść tam może jedynie przydzielony do danego psiaka wolontariusz, który dopiero co zaczyna z nim pracę socjalizacyjną.

TRUDNA SELEKCJA

Nie jest łatwo. Próżno wymagać luksusów, niemniej jednak miska z jedzeniem, dostęp do świeżej wody i własny kojec znajdzie się dla każdego podopiecznego. Wolontariusze nie kryją, że schronisko jest przepełnione, mimo że zwierzęta trafiają tutaj „jedynie” z terenu miasta.
– Przyjmujemy t y l k o zwierzęta z okolic Lublina i, co jest bardzo ważne, przyjmujemy te, które zostały do nas zgłoszone i odłowione przez nas bądź przez eko-patrol. Kiedy ktoś przywozi do nas psa, to my nie mamy pewności, czy jest to pies bezdomny, czy komuś się po prostu nie znudził i nie przywozi go mówiąc, że znalazłem go gdzieś pod blokiem i proszę, macie. A zdarzają się i takie sytuacje. Na ogół nie ukrywam, że też te zwierzęta przyjmujemy, no bo co mamy zrobić? One zapewne i tak trafią na ulicę. Nasze schronisko jest przepełnione. Nie mamy miejsc na kwarantannie, jest pełno psów, masa zabiegów, a psów w boksie siedzi czasem po 5, po 6. My po prostu nie mamy możliwości przyjąć każdego zwierzaka, którego chcą nam oddać. A jak ktoś cały czas przyjeżdża i podrzuca nam te zwierzęta, to jest to dla nas jednak uciążliwe, bo nie mamy warunków, żeby przyjmować wszystko co leci z całego województwa. Ale tak jak mówię, też nie zostawiamy tych zwierząt na pastwę losu. Trzeba do tego zdroworozsądkowo podchodzić. Czasem widać po prostu, że ten pies za bardzo jest zapatrzony w człowieka, a ktoś jest na tyle bezczelny, że przyjeżdża go tu oddać – opowiada Klaudia, wolontariuszka z 6-letnim stażem, która pełni rolę mojego schroniskowego przewodnika.

BEZGRANICZNIE. DO KOŃCA. NA ZAWSZE

Mijam kolejne boksy. Zwierzaki po obu stronach krat domagają się uwagi. Klaudia, każdorazowo stara się dać tym psiakom przynajmniej kilka sekund zainteresowania i empatii. W pewnym momencie odbiega ode mnie, by znaleźć się tuż pod boksem ogromnego rudego owczarka o imieniu Ramzes. Ten wielki pies łasi się do niej, przyjaźnie szczeka i oczekuje czasu na jeszcze więcej pieszczot. Scena ta rozlewa się na serca wszystkich, którzy są tego świadkami.
– Wybaczcie, ale musiałam. To jest mój podopieczny, który trafił do nas po odłowieniu. Spędziłam z nim pół roku porządnej socjalizacji, której efektem jest to, że teraz widzicie go przypominającego mentalnie malutkiego szczeniaczka, który pyta „Hej, czemu się jeszcze ze mną nie bawisz. No chodź!” – tłumaczy.
Zapytana o szczegóły tej historii kontynuuje:
– Ramzes trafił do nas z interwencji policyjnej w skrajnie zaniedbanym stanie. Jak widziałyście to duży pies, a w momencie, gdy do nas trafił – wystawały mu wszystkie żebra. Jadł gruz. Jadł wszystko, łącznie z tymi kamyczkami pod swoim boksem, żeby tylko COŚ zjeść. Miał bardzo duże problemy z jedzeniem z miski, wszystko tak momentalnie pochłaniał, że potrafił zwrócić. Na spacerze łapał się tak naprawdę wszystkiego, gdzie tylko mógł. I to było bardzo dramatyczne. I niestety, ten pies nie ma dużych szans na adopcję, bo człowiek już go tak skrzywdził, że on, owszem, potrafi jeszcze pokochać człowieka, ale jest wierny jednej osobie. I tutaj pojawia się największy problem, bo on ufa bezgranicznie. Ja już teraz mogę mu wyrwać wszystko z pyska i nie ma z tym problemu, i wiem, że nic mi nie zrobi. Tak samo mojemu mężowi – pozwoli mu na wszystko. Ale jest już tak skrzywdzony przez człowieka, że nie może zrozumieć, że ten chce dla niego dobrze, że nigdy więcej krzywda go w życiu nie spotka i tego zaufania kompletnie nie ma. W schronisku jest już od około 4 lat.
Po czym dopowiada:
– Mamy też Jagusa, który jest u nas około roku. To był pies odłowiony; starszy, bo ma już 11 lat, nie wszedł do schroniska o własnych siłach. Został wniesiony przez jednego z pracowników, bo nie był w stanie samodzielnie chodzić – tak bardzo był zniszczony. Ale akurat on, jak tylko zobaczył ludzi, to zaufał nam od razu. Pozwala sobie na wszystko, to jest typowy kanapowiec, on pragnie człowieka, jego obecności w każdym możliwym momencie.

CHCĘ MIEĆ PRZYJACIELA!

Mury schroniska były świadkami wielu podobnych wydarzeń. Na szczęście jednak nie wszystkie historie pozbawione są szczęśliwego zakończenia.
– Mieliśmy też psa, który również trafił do nas z odłowienia i miał ogromny lęk separacyjny, problem z zostawaniem samodzielnie w boksie, a do tego się samookaleczał. Tak sam wygryzał sobie sierść, że nieraz wręcz cały bok miał wygryziony, aż nawet czasem do ran, bo po prostu nie mógł znieść schroniskowej rzeczywistości i tego, że tego człowieka przy nim nie ma. Udało nam się znaleźć mu dom, w którym była osoba, pracująca w domu, więc nie zostawia go tak naprawdę samodzielnie i chciała z nim pracować. I to jest super historia, która skończyła się happy endem!
Następny przykład?
– Miałam też kiedyś pod opieką amstafa, który wzbudzał wiele zainteresowania wokół; był cały biały i miał na wpół czarny nos. Wszyscy byli nim zachwyceni. W tym jedno małżeństwo, które było bardzo zdeterminowane, żeby tego psa wziąć już-teraz-natychmiast, ale ja powiedziałam: hola, hola! Nie wydam Wam psa po samej rozmowie. On jest amstafem, ma trudny charakter, więc najpierw muszę z Wami porozmawiać. I umówiliśmy się na następny dzień. Był deszcz, więc pomyślałam, że może nawet nie przyjadą, ale jak już dotarłam do schroniska, to okazało się, że oni już od 2 godzin w tym deszczu bawią się z tym psem na wybiegu i sobie z nim ganiają. A jeszcze nie zdążyłam z nimi porozmawiać. Szczerze mówiąc, ja już wtedy wiedziałam, że im tego psa wydam, bo widziałam, że to są ludzie na tyle poważni, na tyle odpowiedzialni, że nie przeszkadza im nic. Oni sobie z nim ganiają, bo on potrzebuje ruchu i to nic, że pada deszcz i jest zimno, i jesteśmy w schronisku, a to nie jest jeszcze ich pies. I nie żałuję tej decyzji. Miałam z nimi kontakt bardzo długo i pies jeszcze tego samego dnia już spał z nową właścicielką w łóżku – tak byli w nim zakochani i zafascynowani. Naprawdę to była bardzo udana adopcja.

WŁASNYMI DROGAMI…

Przechodzę do sąsiedniego budynku. Wita mnie tutaj rząd przeszklonych drzwi, przez które mogę zaobserwować zupełnie odmienne reakcje niż te, które miały miejsce przy boksach. Koty wydają się być na pozór obojętne na swój los. W dość dużych pomieszczeniach przebywa ich, na oko, po kilkanaście, ale miejsca jest na tyle dużo, by każdy mógł funkcjonować tak jak chce. Większość czasu spędzają śpiąc zwinięte w kłębek – te bardziej towarzyskie łączą się i zasypiają przytulone, te mniej – znajdują własne, odosobnione miejsce. Niektóre siedzą na środku w zwartej grupie, tuląc się do siebie, a widząc zainteresowanie człowieka unoszą zaspane pyszczki i tylko zerkają na nas swoimi na pozór obojętnymi oczami. Wydawałoby się, że w schroniskowej rzeczywistości powinno być im łatwiej niż pozostałym podopiecznym, chociażby biorąc pod uwagę ich usposobienie i koci charakter. No właśnie – wydawałoby się, ale czy tak jest?

EGZOTARIUM

W schronisku jest też miejsce dla bardziej „niezwykłych” zwierząt. Jest nim egzotarium, w którym można odnaleźć gady, płazy czy pająki.

– Ja od 20 lat współpracuję ze służbami, a do moich obowiązków należy odławianie i zabezpieczanie zwierząt niebezpiecznych i egzotycznych, które z różnych powodów trafiają na ulicę. Kiedyś tych interwencji było bardzo mało, bo te zwierzęta były mało popularne, bardzo drogie i trudno dostępne. Zwykle miałem jedną, dwie interwencje rocznie. Natomiast z roku na rok, wraz ze spadkiem cen i z coraz większą dostępnością tych zwierząt, zwiększała się też ilość interwencji – do tego stopnia, że w 2007 roku w ciągu trzech letnich miesięcy było 60 interwencji na terenie samego Lublina – opowiada Bartek, szef lubelskiego egzotarium i Prezes Fundacji Epicrates – Dla przykładu mamy tutaj pytona tygrysiego, który ma 4,5 m długości, a odłowiliśmy go w naszym Parku Ludowym. Ba, jest też wąż, którego znaleziono w paczce na poczcie – tutaj, u nas, w Lublinie! Najczęściej są to zwierzęta po prostu wyrzucane, bo ktoś jednak nie wiedział, jak się nimi dalej zajmować.

Szybko okazało się, że na terenie całej Polski w zasadzie nie ma żadnych ośrodków rehabilitacji, które potrafiłyby takie gatunki leczyć, a ogrody zoologiczne z kolei nie chcą przyjmować takich zwierząt.

– Nasze egzotarium jest pierwszym w Polsce ośrodkiem, który pełni zarówno funkcję schroniska dla tych nietypowych zwierząt, jak i centrum rehabilitacji gadów i płazów oraz ośrodka edukacyjnego. Założyliśmy je w 2008 roku i przez te 10 lat wyleczyliśmy i znaleźliśmy nowe domy dla ponad 800 zwierząt, które udało się uratować. Gdy okazało się, że to co robimy tutaj na potrzeby Lublina, to jest za mało, to z wolontariuszami założyliśmy Fundację Epicrates, która działa na terenie całego kraju. Ale nie tylko, bo też mamy swój oddział we Włoszech. Interweniujemy jeśli gdzieś zwierzęta są w złych warunkach. Prowadzimy domy tymczasowe. Mamy zaprzyjaźnionych kilkunastu lekarzy w Polsce, którzy specjalizują się w leczeniu gadów i pomagają nam w różnych miastach, jeśli jest taka potrzeba. Też jako fundacja prowadzimy tutaj w egzotarium wolontariat, staramy się robić jakieś tam zbiórki pieniędzy czy rzeczy, które są tutaj potrzebne. A są, i to bardzo. No i staramy się przede wszystkim promować ideę mądrej, odpowiedzialnej terrarystyki, bo to są jednak zwierzęta bardzo specyficzne, które nie zastąpią psa czy kota. One nie potrzebują kontaktu z człowiekiem. Natomiast niektórzy ludzie traktują je jako żywe zabawki – szczególnie agamy brodate teraz są takie modne jako zwierzątka, które się ubiera w ubranka i wozi w wózeczkach, robiąc tym samym wielką krzywdę tym zwierzętom – kontynuuje.

NIEŁATWA PRACA

Przechodzę dalej, ale słyszę, jakieś zamieszanie. Odwracam się, a wtedy moim oczom ukazuje się obraz wolontariuszek wyprowadzających właśnie kilka psiaków na wybieg. Te czworonogi mają w sobie tyle energii, że dziewczyny nie są w stanie stabilnie utrzymać ich na smyczy. Psy skaczą dookoła, przewracają je i zachęcają do dalszych zabaw. W tym momencie, można by się zastanowić, kto ma w tym więcej frajdy. Te psiaki nadal nie straciły nadziei. One po prostu z wigorem czekają i widać, że są już w pełni gotowe pokochać innego człowieka, który tylko będzie chciał się nimi zaopiekować.
Obecnie w schronisku działa około 70 wolontariuszy. Istnieje podział na tych, którzy pracują z psami i kotami, osobno zaś liczy się tych zajmujących się zwierzętami egzotycznymi. Dobry wolontariusz to przede wszystkim osoba cierpliwa, sumienna, dobrze zorganizowana, odpowiedzialna, rozsądna, pełna zapału i oczywiście – kochająca zwierzęta. Wbrew pozorom, wcześniejsze doświadczenie w pracy z czworonogami nie jest tutaj konieczne – wystarczą chęci do nauki. Jedynym wymogiem formalnym, jaki trzeba spełnić, jest fakt ukończenia 18 roku życia.
Praca wolontariusza z pewnością nie należy do łatwych i lekkich, choć, jak sami podkreślają, wdzięczność w oczach zwierząt jest za nią najlepszą zapłatą. Do ich obowiązków należą głównie spacery z psami, ale także dbanie o nie pod względem estetycznym (kąpiele, czesanie, obcinanie kołtunów, przegląd pazurów itp.), utrzymanie czystości w boksach, obserwacja stanu zdrowia podopiecznych, proces socjalizacji tych zwierząt i współpraca ze schroniskowym behawiorystą, ale nie tylko.
– Promocja psów to jest kolejna rzecz, która jest bardzo istotna, bo wiele osób tak naprawdę widzi masę zwierząt w internecie, a my musimy zadbać o to, żeby ten pies był bardzo widoczny, żeby miał jak największe zasięgi na Facebooku, żeby opis był na tyle krótki i treściwy, by zainteresował, ale też nie zanudził. Musimy poznać te psy, porozmawiać z opiekunami, zrobić te opisy i tak naprawdę atakować ludzi też z tego internetu. Otworzyliśmy również Instagrama, którego prowadzą właśnie wolontariusze; mamy dwa profile dodatkowe, czyli Lubelskie Szczęki, zajmujące się psami z problemami socjalnymi i właśnie Lwie Serca Lubelskiego Schroniska – one zajmują się stricte zwierzętami, które są już weteranami schroniskowymi, bądź są bardzo wiekowe. I zdarza się, że właśnie na tych stronach ktoś zauważy psa, przychodzi i mówi „ja przychodzę do tego i tego psa”, a my musimy też dbać o to, żeby te adopcje były rozsądne – wyjaśnia Klaudia.

EMOCJONALNE ROZTERKI

Co wyróżnia wolontariuszy? Ogromna wrażliwość, chęć niesienia pomocy i bezgraniczna miłość do zwierząt. Jednak trzeba pamiętać, że muszą się zmierzyć też z własnymi emocjami. Każdy z nich zajmuje się co najmniej kilkoma zwierzakami na raz, a gdzieś skrycie ma wśród nich swoich cichych ulubieńców. Głównym celem wolontariackiej pracy jest znalezienie dla tych podopiecznych jak najlepszego domu. Co więc w momencie, w którym ten najukochańszy z ukochanych czworonogów ma opuścić schronisko, by rozpocząć nowe życie?
– Ja bardzo emocjonalnie się przywiązuję do swoich podopiecznych, a zwłaszcza do takich, dla których włożyłam dużo pracy i dużo serca. I oczywiście, że jest trochę przykro. Tylko, że wiem, że idą do lepszego domu. Wiem, że nie miałam takich warunków, żeby zapewnić temu zwierzęciu to, by był u mnie szczęśliwy, a u tej osoby będzie. Jeżeli widzę, że ktoś naprawdę się stara, to mimo tego smutku, że już więcej go nie przytulę i nie zobaczę, cieszę się, że mój podopieczny już nie będzie musiał oglądać tych schroniskowych krat, bo to jednak nie jest miejsce dla psów. To znaczy jest, i ja nie powiem, że jest im tu źle – mają michę, mają ciepło, mają czysto, ale jednak pies, który łaknie kontaktu z człowiekiem tutaj cierpi. I bardzo, bardzo źle się na to patrzy – kontynuuje Klaudia.

Jej zdanie podtrzymują też inne wolontariuszki:
– Dla mnie najtrudniejsze jest chociażby to jak widzę szczeniaczki w tych boksach z tymi starszymi psami, albo psy, które widać, że są jeszcze takie… że to jest dla nich obce, że się boją. Nieraz trzeba po prostu powstrzymać łzy jak się na to patrzy – mówi Magda, obecna w schronisku od maja 2017 roku.
– Dla mnie najcięższe jest widzieć psy, które są tak zestresowane, które jeszcze się nie odnajdują tutaj, które widać, że chciałyby, że byłyby dobrymi kompanami, ale jeszcze po prostu nie potrafią się odnaleźć – twierdzi Marta, przebywająca obecnie na wolontariackim okresie próbnym.
– Psy, które są nowe i widać po nich ten strach, albo po prostu u niektórych przeżycia, które w nich są, gdy widać po nich, że były bardzo poszkodowane w przeszłości, to, co przeszły po prostu widać w niektórych psach i w ich oczach. I to też jest dla mnie straszne – to zdanie Alicji, również kończącej okres próbny.
Z kolei Dominika, wolontariuszka z dwuletnim stażem, dodaje: – Dla mnie najtrudniejsze jest oglądanie psów, które zrezygnowały. Widać po niektórych z nich, że straciły nadzieję. Są w schronisku od x-lat i nigdy nikt nie przyszedł do nich, nie proponował nawet adopcji i w takich psach, starszych szczególnie właśnie, widać, że już im się po prostu nie chce.
Niektórzy z nowego naboru wolontariuszy zastanawiają się jeszcze, czy dadzą radę zostać tutaj na stałe. Tak jak Ania: – Też jestem ze świeżego naboru i nie mam jeszcze skończonego okresu próbnego, Całe moje życie wiąże się ze zwierzętami, jestem ze wsi, więc od zawsze miałam jakiegoś psa czy kota. Studiuję zootechnikę i chciałabym w przyszłości pracować w jakimś zakładzie związanym ze zwierzętami. A tutaj chciałam też nabrać troszkę doświadczenia w tej pracy, ale w sumie sama się jeszcze zastanawiam, czy nie zrezygnować, bo jest to naprawdę ciężkie zadanie.

KAŻDA POMOC SIĘ PRZYDA!

Zarówno schronisko, jak i egzotarium nie jest w stanie funkcjonować bez pomocy. Można tu przyjechać ze zbiórką koców, kołder bądź poduszek. Najlepiej tych nie puchowych, bo psiaki mają tendencję do ich rozrywania i zabawy piórami. Zawsze też mile widziane są jakieś artykuły do jedzenia.
– Najbardziej przydają się karmy dla psów starszych lub dla konkretnych typów, bo zdarza się, że niektóre psiaki potrzebują na przykład karmy specjalistycznej. Tak jak Lara – dla psów z cukrzycą, a Ramzes – najchętniej coś na stawy. Niestety, my na co dzień nie mamy na to warunków, więc dostają oni po prostu to, co jest na stanie – mówi Klaudia.
Schronisko często współpracuje ze szkołami lub sklepami zoologicznymi, które organizują tego typu zbiórki. Można również pomóc pieniężnie, przelewając dowolną kwotę na rachunek bankowy placówki. Nie zapominajmy także o KRS*.
– Ten 1% podatku dla Stowarzyszenia Młodych Naukowców. Oni zajmują się wolontariatem i dają nam naprawdę ogromne możliwości, by pomagać zwierzętom. Tworzymy im materiały promocyjne, żeby te zwierzęta gdzieś tam promować, a to naprawdę ułatwia im szanse na adopcję. Część sprzętu medycznego, w który jest wyposażony gabinet weterynaryjny czy możliwość wykonywania specjalistycznych badań – to są też pieniądze z KRS. Do tego takie podstawowe rzeczy, jak smycze na akcje dla psów, żeby się ładnie prezentowały; chusty z napisami „Adoptuj mnie”, „Przygarnij mnie”- takie, które będą się rzucały w oczy; środki do pielęgnacji– wszystko jest z tych pieniędzy wykorzystywane. Ten KRS się bardzo przydaje i to jest tak naprawdę taka pula dla nas, którą my możemy rzeczywiście, oczywiście pod nadzorem schroniska i stowarzyszenia, wykorzystać na to, jak my mamy pomysł żeby promować te psy, jak mamy pomysł im pomóc. Zdarza się też, że współpracujemy z klinikami, które mają w danym momencie jakieś badania dla studentów weterynarii i wtedy też udaje nam się takie psy przebadać, zrobić echa itd. Ta pomoc KRS-owa jest naprawdę super, zwłaszcza że tak naprawdę nikogo tak za bardzo nie kosztuje. Oddajemy tylko ten procent, który i tak gdzieś musimy przekazać, więc to jest naprawdę największa pomoc – wyjaśnia moja przewodniczka.
W 2018 roku schronisko przyjęło niemal 750 psów, z czego 695 wydano (w tym dokładnie 349 adopcji) i niespełna 450 kotów (343 wydane, 302 adopcje), a także 53 zwierzęta egzotyczne, z czego 29 znalazło nowy dom.

A co to wszystko znaczy dla CIEBIE?

Schronisko dla bezdomnych zwierząt. Nie jest to z pewnością miejsce pełne niezliczonej palety barw, bogactwa zdobień i firmamentów okalających pomieszczenia, w których trzyma się zwierzęta. To przede wszystkim boksy. Zwykłe, szare, ponure boksy, w których mieszkają psiaki, koty czy gady. Ale nie to jest tu najważniejsze, bo to nie kolory decydują o atmosferze tego miejsca. Z pewnością wolontariusze i pracownicy chcieliby dać swoim podopiecznym jak najwięcej się da. I tak też jest w istocie – dają im wszystko to, co mają najcenniejszego. Swój czas, swoją cierpliwość, a co za tym idzie – swoją miłość. Ci ludzie dobrze wiedzą, że nie mogą dać tym zwierzętom w pełni tyle uwagi, na jaką zasługują. A te zwierzęta naprawdę zasługują na zainteresowanie i kogoś, kto pokocha je bezwarunkowo. Ale ich smutne oczy nie interesują świata. Świat nawet nie wie o ich istnieniu. Tak samo jak Ty czytelniku – do tego momentu.

* Nr KRS dla Stowarzyszenia Młodych Naukowców: 0000304247 z dopiskiem: Schronisko dla Bezdomnych Zwierząt w Lublinie. r

Logo Unii Europejskiej
Logo Unii Europejskiej
Logo Unii Europejskiej